![]() |
||
| |||
Recenzuje: Aleksander Pawlicki Groby królów Każdy wnuk wie dobrze, że w dzisiejszych czasach uchronić dziadka czy babcię przed demoralizacją wymaga nie byle jakiej czujności. Mi jej zabrakło i ani się obejrzałem jak moja babcia została słuchaczką pewnej radiostacji, której szefem jest, powiedzmy, ojciec Muchomorek.Detoksykacja w sferze wolnej od fal radiowych nie wchodziła w grę – wspomniany Muchomorek raził na odlew z satelity. Straciłem wszelką nadzieję, kiedy pewnego dnia babcia zakomunikowała mi: Nie będę tego więcej słuchać, oni tam plują na księdza Tischnera. Tu mógłbym ową historię o cudownym ozdrowieniu zakończyć, ale pozwolę sobie wywieść z niej jeden wniosek. Jest grupa spraw na których niewielu się zna, ale każdy ma na ich temat pogląd, zwykle dość zasadniczy. Nauki i postać księdza Tischnera należą do tej właśnie grupy spraw. Nie muszę przecież wyjaśniać, że ani moja babcia, ani tym bardziej ojciec Muchomorek, Tischnera nie czytali wiele, lecz opinie owszem mieli wyrobione. I oto wiadomość zarówno dla wrogów jak i zwolenników autora Nieszczęsnego daru wolności: wreszcie mają książkę, z której można się dowiedzieć, kto zacz ów dżentelmen, o którym przegadało się już tyle godzin. Biografia pióra Wojciecha Bonowicza wydaje się zatem bardzo potrzebna, choć stawia sobie cel paradoksalny – wywołana dzisiejszym zapotrzebowaniem, próbuje uwolnić wizerunek swego bohatera z ciasnych ram dzisiejszej perspektywy. Stara się wyłuskać Tischnera z sieci bieżących sporów i doraźnych interpretacji a ukazać go w bogactwie jego poglądów i zaangażowań. I czyni to, rzecz zadziwiająca, nie ukrywając przez chwilę swego "tu i teraz", swego naznaczenia bólem po niedawnym odejściu Księdza Profesora, bólem jeszcze nie utulonym skoro ostatnie słowo książki brzmi "osierocenie". Można by zatem rzec, że książka Bonowicza jest częścią tego, co zwykle nazywamy "pracą żałoby" – ustanowieniem nowej relacji z kimś, kto zajmował ważne miejsce w naszym świecie i znienacka je opuścił. I można by przypuścić, że świat po odejściu Mistrza, bo nie ulega wątpliwości, że dla wielu ludzi Tischner był kimś takim, zostaje gruntownie zdemolowany i wymaga radykalnej przebudowy bez sprzeniewierzenia się dawnym naukom. Dla uczniów nadchodzi próba dojrzałości. Kamieniami probierczymi tej dojrzałości w przypadku uczniów Tischnera są być może nadzieja i etyka pracy. W tych dwóch bowiem sprzęgają się ze sobą filozofia, styl myślenia i świadectwo życia krakowskiego księdza. Próżno teraz rozwijać te dwa wątki, lecz uderza jak bardzo są one aktualne, choć u autora Myślenia według wartości refleksja nad nimi ma swe początki w czasach komunizmu: zarówno pytanie o źródła nadziei i o jej treść jak i pytanie o sens pracy i jej wartość wydają mi się podstawowymi dla tożsamości współczesnego Polaka. Mimo ich wagi pomijamy je lub trywializujemy – nie rozmawiamy o osobowym sensie mojej-twojej pracy, lecz o kasie, o tzw. rynku pracy, o "drogach kariery", czyli o tym wszystkim, co składa się na "przekleństwo pracy". Proszę wybaczyć ten życiowy konkret, ale filozofia Tischnera czerpie swe siły z obserwacji społecznej codzienności, im częściej dotyka ziemi, tym jest silniejsza. Bonowicz pisze: trzeba było wejść w obszary, które dla słuchających były obszarami największych nadziei i najboleśniejszych dramatów. A wejść na owe terytoria nie znaczy u Tischnera zaordynować gotową receptę, lecz ośmielić do samorefleksji i w sokratejskim dialogu poprowadzić dopiero do istotnych rozstrzygnięć. Dla tych, którzy chcą swą myśl wypróbować w rozmowie z Mistrzem z Krakowa, a nie jest to zadanie łatwe, bo język Tischnera nie stanowi wyżyn przejrzystości, omawiana biografia okaże się niezbędną. Dlaczego? Na pewno nie dlatego, by znalazła się tam synteza myśli Profesorowej – na nią za wcześnie. Nie dlatego też, żeby obraz życia tam przedstawiony był klarowny i pełen – brak mu historycznego dystansu, brak fundamentu w postaci studiów nad intelektualną historią epoki. Książka Wojciecha Bonowicza to po prostu bardzo dobry reportaż. I to wystarczy, bo rzecz w tym, aby do lektury Filozofii dramatu czy Miłości niemiłowanej zasiąść z utrwalonym w wyobraźni żywym portretem księdza. Wydaje mi się – pisał w 1977 roku – że przed wszelkim filozofowaniem, zwłaszcza u nas, trzeba dokonać istotnego wyboru: trzeba wybrać z tego, o czym myśleć można, to, o czym myśleć trzeba. Ale to, o czym myśleć trzeba, nie przychodzi u nas z kart książki, lecz z twarzy zaniepokojonego swym losem człowieka. Filozofii Tischnera nie da się oddzielić od doświadczenia jego parafian, jego studentów, ale też nie da się jej oddzielić od jej autora – kto nie zna tego kto mówi, nie zrozumie tego, co zostało powiedziane. Z tego punktu widzenia niewątpliwym atutem pracy dziennikarza "Znaku" są towarzyszące tekstowi liczne fotografie. Ukazują dom rodzinny, dziadków i rodziców, potem pozwalają prześledzić przemiany twarzy Księdza Profesora, aż do progu śmierci – te ostatnie dotąd nie publikowane są szczególnie poruszające. Przedostatnie zdjęcie pochodzi z uroczystości pogrzebowych... Odwracamy stronę spodziewając się nagrobka, lecz nie ma go tam. Ulokowanie fotografii zamykającej książkę to prawdziwy majstersztyk. Rozległa górska polana, na której tu i ówdzie siedzą ludzie, pomiędzy nimi idzie Tischner, roześmiany, w podkoszulce, z kijaszkiem w ręku. Na pierwszym planie zaś góralka, która właśnie dostrzegła nadchodzącego i przyjaźnie macha mu ręką. Tak więc wygląda niebo? A ta młodziutka góralka to Tischnerowa matka czekająca na syna? Tak to u końca dyskretnie zaznacza się fundament całego życia "księdzowego"– wiara w ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny. Nawet jeżeli Tischner zaznaczał przekornie, że wpierw jest filozofem, potem człowiekiem, a na końcu kapłanem, to jak słusznie zaznacza Bonowicz w jednym z wywiadów nie zrozumie krakowskiego mędrca ten, kto zapomni, że ów codziennie stawał przy ołtarzu. Strony:[ www.tischner.pl, www.znak.com.pl] |
|
autorzy |