Jerzy Sosnowski

Wielościan

W.A.B., 2001

Dziedzina: literatura piękna
Numer Latarnika: 2001/27nowy!

Ilość stron: 268
Format: 126 x 201 mm
Oprawa: twarda


Kup tę książkę!

Recenzuje: Łukasz Książyk

Zamiast zwyczajowego wstępu, tym razem muszę Państwa uraczyć garścią zwierzeń lirycznych, które mają na celu zaprezentowanie stanu ducha w jakim znajduje się autor recenzji (czyli ja).

Autor recenzji (czyli ja) zabierając się do pisania o Wielościanie - najnowszej książce Jerzego Sosnowskiego - czuje się dość niezręcznie. Uczucie niezręczności rodzi się we mnie dlatego, że - jako były student Jerzego Sosnowskiego - zdaję sobie sprawę, jak duży wpływ wywarł on na mój sposób rozumienia literatury. (Powiedzmy sobie zresztą szczerze: kto z nas, którzy przewinęli się przez Wydział Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego nie był studentem Jerzego Sosnowskiego? i czy znajdzie się wśród nas taki, który pozostał odporny na wpływ jego zajęć?) Co więcej, twierdzenia o wyższości literatury pisanej w poczuciu moralnego niepokoju nad literaturą tworzoną w poczuciu moralnej pewności, a także o wielkości literatury, która stara się w czytelniku wzbudzić pewien egzystencjalny niepokój – przyjąłem za własne (lojalnie staram się je przekazywać następnym studentom). I dlatego czuję się dziwnie, zmuszony do zmierzenia się z Wielościanem. Jeszcze dziwniej jednak czułem się po przeczytaniu debiutu prozatorskiego Sosnowskiego, jakim był Apokryf Agłai (sąsiedzi słyszeli mój jęk zawodu, kiedy odkładałem książkę na półkę). Powieść ta zupełnie nie spełniała wymagań, jakie – wydaje mi się – stawiał literaturze sam autor, kiedy występował w roli nauczyciela akademickiego, bądź krytyka literackiego. Jedyną jej wartością (prócz rozrywki dostarczanej czytelnikom – Apokryf Agłai z założenia był powieścią popularną) było zaprezentowanie własnych (niemałych) zdolności warsztatowych. Te jednak zostały pokazane w sposób aż nadmierny. Czwarta, ostatnia część powieści została bowiem napisana w manierze, polegającej na pokazywaniu czytelnikowi miejsc istotnych, które konstruując poprzednie części autor sprytnie zamaskował i w związku z tym wydaje mu się, że czytelnik ich albo nie zauważył, albo nie nadał im odpowiedniej rangi, więc trzeba mu je palcem pokazać. Niektórym taki sposób pisania się podoba, mnie irytuje.

Można więc sobie wyobrazić, jakie odczucia towarzyszyły mi, kiedy brałem do ręki Wielościan. Z definicji byłem nastawiony do tej książki negatywnie. Pierwsze strony wykorzystujące konwencję autobiografizmu (autobiografizmem Sosnowski grał już w Apokryfie Agłai) i podróży sentymentalnej do PRL-u lat dziecinnych (na pierwszej stronie natykamy się od razu na nostalgiczne westchnienie nad butelką oranżady z porcelanowym korkiem – westchnienie owo należy do żelaznego repertuaru współczesnych pisarzy polskich; każdy obowiązkowo przynajmniej raz musi westchnąć nad tą butelką lub innym znaczącym rekwizytem epoki), nastrajały mnie wybitnie nieufnie. Po paru stronach jednak, coś się we mnie zmieniło, coś pękło, a po przeczytaniu całej powieści jestem skłonny podpisać się pod sądem Jerzego Jarzębskiego, który widnieje na czwartej stronie okładki i głosi, że Wielościan jest jedną z najlepszych książek napisanych w ostatnich latach w Polsce.
Sosnowskiemu udała się rzecz trudna: nie dość, że napisał dobrą książkę, to jeszcze (jakby mimochodem) napisał pierwszą powieść, którą bez zastrzeżeń można nazwać powieścią pokoleniową roczników sześćdziesiątych, ale jeśli odrzuci się "pokoleniowy" klucz interpretacyjny to w niczym nie zuboży powieści. "Pokoleniowość" jest jednak w tej powieści ważna, gdyż Wielościan to: Prawdziwe i zmyślone historie moich rówieśników. Losy ludzi, z którymi minąłem się w czasie. Kilka ważnych miejsc. A wszystko, żeby powstała z tego wielościenna mapa świata. Żeby się odnaleźć. – deklaruje autor.

Z tym, że Sosnowski zmienia dotychczas obowiązujący model powieści pokoleniowej (swego czasu za powieści pokoleniowe zostały uznane przez krytyków Chłopaki nie płaczą Krzysztofa Vargi i Niskie Łąki Piotra Siemiona). Zmiana ta jest w pewnym sensie zmianą jakościową i polega na wprowadzeniu bohatera/narratora, który (przepraszam za trywialność ale trudno to inaczej wyrazić) nie stara się być głupszy od autora powieści. Śledząc losy Jeża (głównego bohatera i narratora, porte parole autora) i jego przyjaciół rozgrywające się na przestrzeni bez mała 40 lat, zostajemy wciągnięci w świat, który pisarze tzw. pokolenia bruLionu starali się przed swoimi czytelnikami zasłonić. Jest to świat, w którym swoje wątpliwości i niepokoje bohaterowie usiłują rozwiać przy pomocy pism św. Augustyna, w którym dyskutuje się o przedstawieniach Kantora, w którym na równych prawach istnieją obok siebie Kaczmarski, Kora, Cohen, Rota i Rotten, Wyspiański i Ciechowski, w którym nie zapomina się o kontrkulturowej "estetyce rocka", tak ważnej dla pokolenia dzisiejszych trzydziesto/czterdziestolatków, ale też nie stara się udawać, że tzw. "kultura wysoka" nie istnieje. Ten świat wydaje się jakby prawdziwszy. I więcej w nim miejsc wspólnych dla całego pokolenia. Wspólna jest fascynacja Grą w klasy Cortazara, bo są lata siedemdziesiąte, iberoamerykanów wydaje się w Polsce w ilościach hurtowych, a do dobrego tonu należy przechadzanie się pod pachą z książką w charakterystycznej okładce. Wspólne jest zachłyśnięcie się solidarnościowym karnawałem (z odkrywaniem muzyki Manaamu, a potem Kryzysu), a także rozczarowanie, które przyszło po okresie oszołomienia (oczywiście, że mają rację, ale kurwa, jakie to nudne). W ogóle, zarówno proces intelektualnego dojrzewania głównego bohatera, jego egzystencjalne rozterki, a także fascynacje (Jeż, tak jak sam Jerzy Sosnowski jest zafascynowany Tadeuszem Micińskim), mimo jednostkowej niepowtarzalności są wspólne dla większości młodych (i coraz starszych) inteligentów. Inteligentów! Dzięki wprowadzeniu takiego typu bohatera zostają jednocześnie przekroczone granice pokoleniowości. I to jest dobre.

Wielościan jest opowieścią uniwersalną; jest opowieścią o zmaganiu człowieka z czasem i rzeczywistością. Jeden z jej bohaterów – Marchołt - jest charakteryzowany jako ktoś, kto cierpi na poczucie niedostatku rzeczywistości. Wydaje się jednak, że cała powieść jest próbą zmierzenia się z tym niedostatkiem, z niemożnością definitywnego ustalenia czym jest rzeczywistość nas otaczająca (w pewnym momencie Jeż będzie starał się dociec, które jego rodzinne mieszkanie jest prawdziwe: czy to, w którym mieszkał jako dziecko z rodzicami, a może jeszcze wcześniejsze, gdy mieszkała tam tylko babcia?) i czym jesteśmy w niej my. Próbą zmierzenia się z względnością rzeczy, choćby opisaną w taki sposób: a dwadzieścia lat później Jeż, wtedy kilkuletni chłopczyk, przeżyje tu pierwsze mistyczne doświadczenie swojego życia, gdy pójdzie z babcią do sklepu zoologicznego na rogu Młynarskiej i Wolskiej, gdzie dzisiaj jest parking, żeby kupić chomika, którego zapakuje w zabrane specjalnie w tym celu pudełko po zabawce, jakby sporą kostkę do gry, z wymalowaną na każdej stronie żółtą kurką z kluczykiem w kapturze i symbolem MHD 65/090132, zupełnie nie wiedząc, że nie ma ono szans w konfrontacji z wolnościowymi dążeniami chomika, a może z jego żarłocznością; kiedy wiec będą szli w stronę domu, pudełko zacznie znikać w małym pyszczku, chomik zaś pojawiać się coraz pełniej, aż w końcu dokładnie na wysokości głównego wejścia do kościoła (Dostojny Celebrans zaintonował Veni Creator), trudno, trzeba będzie przyznać, że pudełka nie ma definitywnie, jest już tylko futrzaste rude ciałko, wyrywające się spomiędzy palców i kąsające boleśnie, ale pudełka nie ma, nie ma, choć przecież było; co na zewnątrz, znalazło się w środku, co w środku – na zewnątrz, immanentny chomik transcendentował pudełko, pożerając je, transcendentne pudełko zimmanentniało w obrzmiałych policzkach chomika, przejętego przez babcię, i tak objawiła się względność rzeczy, które spodobało się uczynić Panu.
Przezwyciężanie niedostatku rzeczywistości jest jednocześnie ocalaniem. Ocalaniem od bycia, "ale jakoś mniej". Dlatego chyba każdy rozdział ma swojego bohatera, który znikł już w odmętach zbiorowej niepamięci. A przecież był, istniał, wcale nie mniej niż ci, których także już nie ma, ale jednocześnie są, gdyż ich czyny, twórczość pozwoliły im przetrwać w pamięci potomnych. Stąd równorzędnymi bohaterami powieści Sosnowskiego są: Maria Komornicka (vel Piotr Odmieniec Włast), Tadeusz Miciński, Maria Kuleszyna, Józef Dziekoński, "książę" Riedelski i Stefan Ossowiecki. Ich obecność jest znakiem, że jedyną skuteczną bronią w walce z czasem i rzeczywistością jest pamięć. Ludzie umierają nie wtedy, kiedy ich ciała ulegają rozkładowi, tylko wtedy, kiedy nikną w naszej pamięci.
Czytając fragmenty powieści poświęcone postaciom historycznym, poczułem żal. Nie jest tajemnicą, że Jerzy Sosnowski jest predestynowany do napisania monografii o Tadeuszu Micińskim i Marii Komornickiej (inaczej niż to uczynił Edward Boniecki). Boję się jednak, że po przeistoczeniu się z pracownika uniwersytetu w pisarza, te książki mogą nigdy nie powstać. I dlatego mi żal, i dlatego miałbym ochotę na zakończenie zakrzyknąć: Panie, wróć Pan na uniwersytet!. Choć zdaję sobie sprawę, że powrót ten mógłby być dla Jerzego Sosnowskiego "lotem widliszka". Dlaczego widliszka? Przeczytajcie Wielościan.

 

 
Opinie czytelników Latarnika

 
Autor: GrigorijGolarkin
Data: 03/07/2001 14:05:06
Ja wlasciwie zgadzam sie z recenzentem, tylko bym jeszcze dodal, ze Sosnowski porzadnie wreszcie opisal klejenie modeli samolotow ze Skladnicy Harcerskiej i te stany malo harcerskie, jak sie ten klej enerdowski wachalo. Ja tego nie pamietam, ale dwaj starsi kuzyni mi opowiadali: oprocz kleju z zestawow dobry tez byl klej Hermol (nie siekal tak po glowie jak butapren, o butapren to juz bylo zawodowstwo). Tak, ze fajna ksiazka, moim zdaniem, troche tylko taka, bo ja wiem, lokalna -- obchodzi dzis kogo Gra w Klasy? Bridzet Dzons ludzi obchodzi, a modele do skladania (patrz koncowka ksiazki) pokrywa kurz. Ale, choc nostalgiczne nieco, czytalo sie przyjemnie.

Autor: filip
Data: 03/07/2001 18:08:25
Kogo obchodzi Gra w Klasy? Np mnie, choc jestem rocznik 76'... Podkradla mi ja zreszta ostatnio moja siostra rocznik 80' i jak ja znam, nie odda... Modele do skladania rzeczywiscie kurza sie, choc zalapalo sie na nie jeszce moje pokolenie (ach, niezrownany model lodolamacza atomowego "lenin")... Nie kurzy sie sie natomiast "model do skladania" Cortazara ani klej (ostatnio widzialem uzytkownika, ktory mial chyba z 12 lat, za to nie mial juz polowy mozgu - dzielny spadkobierca prawdziwych punkowcow)

Autor: Macumba
Data: 09/02/2002 00:25:44
"Jeden tylko zarzut: za dużo było o Poem, za mało o mnie." - Odpowiedż St. I. Witkiewicza dla Ewy Łuskiny na jej recenzję z premiery "Tumora Mózgowicza", za St.I.Witkiewicz, "Teatr i inne pisma o teatrze", oprac. Janusz Degler, PIW, 1995, s. 86. To się działo w 1921 r.

Autor: Zaknafein
Data: 26/05/2002 14:16:32
Właściwie zgadzam się z recenzentem i uważam Wielościan za naprawdę dobrą książkę. Mimo to sądzę, że nie powinno się szufladkować jej jedynie na poziomie powieści autobiograficznej pokolenia urodznego w latach sześćdziesiątych. Naprzykład ja jestem od szlachetnych panów sporo młodszy, a jednak znalazłem tu sporo (dla siebie) nad opis o tym jak żyło pokolenie mojego brata. Chciałem też nadmienić, iż troszeczkę moje wrażenie popsuł fragment ( chyba gdzieś na końcu), gdzie autor opisuje scenę niczym z Szóstego Zmysłu (to już mogłby sobie odpuścić). A propos Apokryfu to chciałem się z panem recenzentem nie zgodzić gdyż: Aut prodesse volunt, aut delectare poetae i nie wszytkie dobre ksiąkiżki muszą być intelektualne, gdyż mamy rózne warstwy czytelników i powinniśmy starać się przyciągnąć wszystkich.


Dodaj swoją opinię.
c o p y r i g h t   ©   2 0 0 1   L a t a r n i k
autorzy