![]() |
||
| |||
Recenzuje: Tamara Brzostowska Wstąp w ten krajobraz Moja wierna mowo - rozpoczyna się wiersz Czesława Miłosza - co noc stawiałem przed tobą miseczki z kolorami,/ żebyś miała i brzozę i konika polnego i gila... . Tomas Venclova, inaczej niż pejzażysta doliny Issy, operuje tylko dwoma, wypełniającymi swe symboliczne przeznaczenie kolorami: czernią nocy oraz bielą śniegu, zimowego nieba i spienionych fal, ściganych przez wiatrów dwanaście. Połączenie obu barw daje prześwietloną rentgenem przedświtu szarość w wielu odcieniach: przyćmionych szyb okiennych, węgla, asfaltu, dymu, roztopów, błotnych pól, mgły zacierającej kontury krzemiennych kościółków i ludzkich ciał, granitów porzuconych w białych nadmorskich piaskach, pni brzozowych i poczerniałego wapienia secesyjnych ornamentów: kamiennych ślimaków, ośmiornic, liliowców na gzymsach. Ta monochromatyczność obrazu, spłowiała płaska geometria farb i cienie gęstniejące w lodowatym widmie stanowią o fenomenie liryki litewskiego poety, w której nawet gwiezdne konstelacje nad rozległą dalą pól chroboczą jak myszy w popiołach. Nad tym zimowym pejzażem unosi się cisza nadchodząca z tej i z tamtej strony morza, czarna sfer muzyka i czarne anioły. Trzeszczy gwiazd przenikliwy mróz i ścięte szronem powietrze. Tylko czasami chłód i smutek tej dławiącej i niewątpliwie symbolicznej nadbałtyckiej zimy - jak napisał o poezji Venclovy Miłosz w Ogrodzie nauk - przeszywają ostre czarne skrzydła jaskółek - ulubionych ptaków Osipa Mandelsztama. Związki Venclovy z rosyjskim akmeistą nie kończą się zresztą na powierzchni obrazowania poetyckiego, lecz sięgają znacznie głębiej. Twórczość Venclovy, sytuując się na przecięciu trzech wielkich kultur europejskich - litewskiej rosyjskiej i polskiej - jest przede wszystkim wdzięczną spadkobierczynią dziedzictwa poetów Srebrnego Wieku - Achmatowej, Pasternaka i Mandelsztama, z którym łączy Venclovę poetyka klasycyzmu, egzystencjalny, historiozoficzny charakter odwołań do kręgu śródziemnomorskiej wyobraźni (wróżb Kasandry, letejskiego chłodu zapomnienia, podróży Odyseusza do krainy Persefony) i wreszcie - estetyka akmeizmu, będącego - wg słów autora Tristiów - budowaniem w imieniu trzech wymiarów i hipnotyzowaniem przestrzeni za pomocą wszechwładnej mowy poetyckiej. Wstąp w ten krajobraz (...) Za pasem diun huczy pusta droga - brzmi zaproszenie z najnowszego polskiego wydania Rozmowy w zimie, będącego poszerzonym i przeredagowanym wznowieniem paryskiej publikacji wierszy Tomasa Venclovy z 1989 roku. Promowana przez "Zeszyty Literackie" i opatrzona przedmową Josifa Brodskiego twórczość litewskiego poety prezentowana jest polskiemu czytelnikowi w autoryzowanych, kongenialnych przekładach Stanisława Barańczaka, Wiktora Woroszylskiego i Czesława Miłosza. W zimowy nastrój liryki, powstającej w chmurnym prześwicie pomiędzy dniami pełnymi czerni/ a białymi nocami, wprowadza już jasna tonacja projektu okładki i pierwszej strony tomu, wykorzystujących rysunki Krzysztofa Junga: zimny błękit liter, prosta kompozycja kresek, wyznaczających jedynie kontury drzew, ich cienie i linię horyzontu. Monochromia surowej scenerii elegijnej poezji Venclovy wydaje się odpowiednikiem czarniawego posmaku ojczyzny, doświadczanego na obczyźnie przez poetę z nadbałtyckiej Kłajpedy. "Wysiedlona świadomość" Venclovy, podobnie jak wygnańcza świadomość Miłosza, piszącego w Berkeley apostrofę do "wiernej mowy" jako swojej ojczyzny, wciąż grzebie w języku jak w stołowej szufladzie, poszukując czystej barwy słowa w mowie - ojczystej, ogólnoludzkiej, poetyckiej - bliskiej rozpadu, schrypłej, zanieczyszczonej wrzaskiem i wściekłością - jak mówi Venclova, czy też mowie upodlonych/ (...) nierozumnych i nienawidzących/ (...) pomieszanych, / chorych na własną niewinność - jak pisze Miłosz. Obydwu poetów łączy pojmowanie poezji jako etyki języka i przekonanie o konieczności ocalenia słowa, zesłanego na ziemię wraz z nami, w którym nawet na tym zesłaniu odbija się (...) blask/ prasłowa, narodzonego jak gdyby w innym wszechświecie. Zostało nam ono przecież dane, abyśmy czymś się różnili/ od gliny, palmy i drozda, może nawet i od aniołów, i dając przedmiotom nazwy, pojmowali jasno, czym są (Venclova). Poezjowanie jest bowiem, jak u teoretyków akmeizmu, metafizycznym aktem kreacji, któremu towarzyszy troska, by to, co stworzone "było dobre", by linijka wiersza jaśniała/ I widać było w jej świetle północne drzewa i śnieg, by litery po stronicy płynęły (...) jak kry po rzece/ i przez mgłę prześwitywały zarośla, nadbrzeże, miasto. Zarówno autor Trzech zim (1936), jak i twórca Rozmowy w zimie (1989) należą do tych, którzy usiłują powrócić w straconą przestrzeń/ oczyszczając język choć powinni zrozumieć, że/ prawie na pewno przegrają. / Drzwi bowiem, jak wiadomo,/ oddalają się od nas szybciej, niż my się do nich zbliżamy. Mimo to, nadal będą stawiać przed [mową] miseczki z kolorami/ jasnymi i czystymi jeżeli to możliwe,/ bo w nieszczęściu potrzebny jakiś ład czy piękno. Jednakże, podczas gdy Miłosz wybiera rozświetlone barwy tęczy, Venclova wierzy zimie. Śpiewa o jej świętym chłodzie. Nawet uroczyście klarowny klasycyzm formy i czysta poetyka jego wierszy, światłem drążących świat przez noc i śnieg, wyważony zapis i przejrzysty styl wypowiedzi, monotonna intonacja i rytmy raz wybrane wydają się imitować jednostajność zim. |
|
autorzy |